Czego chcesz?

Tytuł wpisu to jednocześnie tytuł nowego artykułu, jaki pozyskałem z notatek Stefana Garczyńskiego (wydruk próbny z ręczną korektą Autora). Jak często, jest kierowany do młodych ludzi, motywując ich do wyznaczania sobie celów. Obecnie jest bardzo dużo podobnych publikacji, ale szacuję że artykuł miał się ukazać (ukazał się?)  około 1967 r., czyli gdy zapewne było ich jeszcze niewiele.
Prace nad tutejszą stroną ostatnio spowolniły, ponieważ nie mam dopływu nowych materiałów i czekam na pewne decyzje dotyczące publikacji książek.

 

0

 

O ambicji

W dziale Artykuły dodałem kolejny tekst z gatunku artykułów  dydaktycznych Stefana Garczyńskiego, mianowicie  Ambicja.

Jest to poniekąd i pewien przyczynek do charakterystyki Autora. Był On perfekcjonistą, stawiał sobie wysokie wymagania i cele. Osobiście perfekcjonistą nie jestem i nie rywalizuję z nikim tak poważnie jak (zdawać by się mogło) czynił to Autor. Nie oceniam tego. Ale sądzę, że artykuł był rodzajem motywatora dla młodych ludzi, próbą dania wzorca postaw, które mogą im zapewnić lepsze powodzenie w życiu. Tak było i będzie. Dziś mówi się o wychodzeniu ze strefy własnego komfortu, o kreatywności i efektywności, o planowaniu ambitnych celów…

Natomiast moją ambicją jest aby ta witryna zebrała jak najwięcej (w miarę możliwości) materiałów o Autorze i ożyła.
Zapraszam więc do komentowania i dzielenia się.

 

0

 

 

O Panu Stefanie

Stefan Garczyński
Stefan Garczyński

Z nowości: 
umieściłem swoją krótką charakterystykę osoby Stefana Garczyńskiego oraz Jego twórczości w kontekście czasów w jakich żył.
Umieszczona w dziale Wspomnienia pod tytułem Jego czasy.
Zerknij i na inne wspomnienia – dla szerszego obrazu.

To były trudne czasy komunistyczne w Polsce, w których Autor „zachował się jak trzeba”.
Wymagało to sprofilowania dydaktycznego, co zresztą odpowiadało postawie pisarza i nauczyciela, który doceniał wagę edukacji. Przykładem tej inklinacji i stylu są dwa ostatnio odtworzone artykuły społeczne: Styl na „na odwal” oraz Jak się zapalić.
W dziale Artykuły znajdziesz jeszcze szereg innych – już mniej dydaktycznych 🙂

 

0

 

 

Święto Kobiet

 

Kwiaty myśli
Kwiaty myśli

Osoby starszego pokolenia pamiętają owe celebracje 8 marca w PRL-u.
To było dość groteskowe – silenie się na akcję niemal państwową (a nawet były państwowe imprezy).
Wspomina o tym Stefan Garczyński w książce O dawaniu w tym fragmencie:

Opakowaniem prezentu jest nie tylko i niekoniecznie ładny papier, ale przede wszystkim towarzyszące wręczeniu go słowa, uśmiech. Młody człowiek kupił pęk kwiatów i w Dzień Kobiet rozdawał je na ulicy starszym paniom. Gdy zaskoczone wzbraniały się, tłumaczył z uśmiechem: „Bo moja mama jest bardzo daleko…”
Pani, która była świadkiem tej sceny skontrastowała ją z inną, którą widziała w telewizji tego samego dnia: pracownice jakiegoś zakładu stojące w ogonku po przydział swojego kwiatka i kwitujące jego przyjęcie.

Pierwsza postawa, w różnych formach,  zdarza się i dziś – i niech tak będzie, ale nie tylko 8 marca!
I nie muszą to być symboliczne kwiaty, które szybko więdną.
Przykładowo  – Pan Stefan obdarzał nas kwiatami myśli  🙂

A ja pozwolę sobie na wyznanie:
#Kobiety, jesteście lekarstwem na wszelką szarość, smutek, samotność; podporą i inspiracją, ozdobą świata i nadzieją na lepsze!
Pozdrawiam wszystkie Czytelniczki tego bloga i … książek Pana Stefana.

Admin Leszek

0

Niewystarczalność logiki

Stefan Garczyński

fragment książki Błąd. Źródła. Unikanie

Poprawne rozumowanie jest tak rzadkie jak doskonałe zdrowie.
M. BLACH

 

W walce z błędami logika zawodzi! Opisując formy poprawnego rozumowania winna skutecznie zapobiegać błędom. Zadania tego jednak nie spełnia, a to przede wszystkim dlatego, że błędy postępowania często nie mają nic wspólnego z błędami rozumowania. Opisując wyniki swych eksperymentów nad seryjną reakcją na bodźce, T. Tomaszewski i R. Stadnicki (s. 63) stwierdzają:

„Normalne, dorosłe osoby nie potrafią mimo najlepszych starań wykonać bezbłędnie najprostszych poleceń: naciśnij, kiedy usłyszysz bodziec X, a nie naciskaj, kiedy usłyszysz bodziec Y… ani jedna osoba badana nie wykonała tego zadania zupełnie bezbłędnie”.
Żadne wyćwiczenie w logice nie zwalczy takich błędów.
Niewystarczalność analizy logicznej dla zrozumienia natury błędu i mizerna skuteczność logiki w walce z nim pochodzi także stąd, że prawie każdy akt myślowy jest ściśle związany z człowiekiem, z jego sytuacją i działaniem. Żywioł psychiczny odgrywa w myśleniu większą rolę niż formuła logiczna. Na słowa czy sytuacyjne bodźce reagujemy częściej po linii psychologicznych skojarzeń niż logicznych modeli. Zarówno nasze myślenie o sprawach życia codziennego, jak i to odświętne, o wielkich rzeczach nawet nie usiłuje naśladować wzorów, które smacznie śpią w podręcznikach logiki. Jest ono częściej mętne i splątane niż jasne i proste. Myśli i wypowiedzi są na ogół niekompletne, niezorganizowane, jedna z drugiej nie wypływa. Wiele naszych przeświadczeń nie ma rozumowego uzasadnienia. To, co nas najskuteczniej przekonuje, rzadko bywa poprawnym sylogizmem. S. Rubinsztejn (s. 481) wręcz stwierdza: „eksperymentalne badania wykazały, że… wnioskowanie odbywa się w rzeczywistości nie zawsze w formie sylogistycznej, na podstawie uprzednio przyjętego twierdzenia ogólnego. Nie jest to pierwotna, naturalna forma, w której zwykle przejawiają się nasze rozumowania”.
Tak więc w logice nie znajdujemy wytłumaczenia, dlaczego Iks wierzy, iż jego nieuleczalnie chory brat wyzdrowieje, dlaczego Igrek sądzi, że współzawodniczący z nim chemik wszedł na ślepy tor badań, dlaczego dla Zeta jest „całkowicie oczywiste”, że musi dojść do wojny. Również ograniczona jest pomoc logiki w próbach zrozumienia błędów nauk medycznych i biologicznych, ekonomicznych i społecznych, błędów postępowania jednostek przeciętnych i wybitnych, jednostek, środowisk i społeczeństw. Czy dziwaczne poglądy średniowiecznych filozofów na potęgę zaklęć albo pochodzenie władzy wynikały z braku przeszkolenia logicznego? Przeciwnie, znali oni reguły poprawnego rozumowania lepiej niż ich dzisiejsi koledzy. Znali i… byli żywą ilustracją arabskiego przysłowia: „Uczony człowiek błądzi w uczony sposób”.
…i w uczony sposób uzasadni, dlaczego ni stąd, ni zowąd wdrapał się na stół. Właśnie, bo jeśli zahipnotyzowanemu każemy po obudzeniu wejść na stół, zrobi to, i dla swego nieracjonalnego zachowania poszuka racjonalnego uzasadnienia.
Pohipnotyczna decyzja wskoczenia na stół nie jest rezultatem prawidłowej indukcji i dedukcji; tak samo wiele, zapewne większość, naszych decyzji i przekonań wypływa ze źródeł nie mających nic wspólnego z racjonalnym wnioskowaniem. Pewnego dnia odkrywamy w sobie „prawdę”, że Hala jest wspaniałą dziewczyną lub dyrektor W. wyrachowanym łotrem, że bezwzględność jest koniecznością, a posłuszeństwo (albo nieposłuszeństwo) szlachetnym obowiązkiem. Dopiero gdy nas pytają, skąd ta pewność, znajdujemy odpowiednie fakty i argumenty. W takim przypadku punktem wyjścia „rozumowania” jest wniosek, który chcemy udowodnić. Przekonanie nie jest rezultatem logicznego wywodu, lecz odwrotnie, argumentacja posłusznie drepcze za przekonaniem. To metoda, którą każdy potępia i każdy stosuje. Nic dziwnego – posiada ogromną zaletę: gwarantuje dojście do pożądanych wniosków.

Nie inaczej postępujemy, gdy „sprawdzając” poprawność jakiegoś rozumowania, zaczynamy od końca: jeśli wniosek nam odpowiada, uznajemy, że został wyciągnięty prawidłowo, jeśli sprzeciwia się naszym potrzebom lub choćby tylko myślowym nawykom, dostrzegamy, że dane, na których się opiera, są wątpliwe, przesłanki fałszywe, rozumowanie wadliwe. Większość palących ma złe zęby – czy to przekonywający argument przeciw paleniu? Palacze, których o to pytałem, od razu wykazali błąd takiego stawiania sprawy, natomiast połowa niepalaczy nie miała nic do zarzucenia temu argumentowi. Reklama, która nawet zgodnie z prawdą podaje, że papierosy A zawierają mniej substancji szkodliwych od papierosów B, ucieszy palacza i raczej niepalacz zapyta, jakiego rzędu jest ta różnica.
Zresztą alogiczności naszych reakcji sprzyja sama natura, samo życie. Niektóre sytuacje wręcz zachęcają do irracjonalnego myślenia. Dlaczego gdy uciekłem przed klasówką, złapała mnie w polu burza z piorunami? Dlaczego tego dnia, kiedy postanowiłem zmienić pracę na mniej pożyteczną, ale lepiej płatną, schodząc ze schodów skręciłem nogę? Kto wie, czy nie ma jakiegoś związku między tymi piorunami a wagarami, między złym krokiem na schodach a zbyt interesownym krokiem w życiu…
Od wieków ludzkość broni się przed błędem okopując się na pozycjach logiki. Istotnie, na tych pozycjach fortyfikacje były i są imponujące. Szkopuł w tym, że błąd tak łatwo je obchodzi. Obchodzi i zawładnąwszy nimi od tyłu, sam z nich korzysta. Dlatego chcąc poznać źródła błędu, chcąc lepiej się przed błędem ubezpieczyć, musimy poddać go analizie nie tylko logicznej, ale i psychologicznej.
W początkach lat pięćdziesiątych atakowano u nas formalistyczny charakter logiki. Słuszne w tych atakach było tylko wskazywanie na to, że wykucie w szkole formuł logicznego rozumowania nie gwarantuje posługiwania się nimi w życiu. Nie gwarantuje zwłaszcza wtedy, gdy akrobatyka logiki odrywa od konkretu i gdy sposób uczenia logiki nie zapewnia transferu (przenoszenia) nabytej umiejętności poprawnego rozumowania na teren innych dyscyplin teoretycznych i praktycznych.

Literatura cytowana w tym fragmencie:

Tomaszewski T., Stadnicki R., Błędy przy seryjnej realizacji dwóch różnych instrukcji. Studia Psychologiczne, t. 4, 1962.
Rubinsztajn S.L., Myślenie i drogi jego poznania. Książka i Wiedza, Warszawa,1962.

0

 

Rozmowa jako czynnik rozwoju

Fragment z książki Stefana Garczyńskiego „Sztuka rozmowy„*

Charakter.

 

Nieraz dopiero dzięki rozmowom uświadamiamy sobie, czym się bezwiednie stajemy, co uważamy za dobre lub złe, jakie są nasze cele i skale wartości. Ileż rzeczy można się o sobie dowiedzieć i to od samego siebie, pisząc list do przyjaciela! Obiektywna ocena własnej osobowości, jak również wysłuchanie uwag na jej temat ułatwia skorygowanie naszego postępowania i cech charakteru.
Wypowiadane zdania tworzą nas tak samo, jak my je tworzymy. Kto na przykład udaje cynika, ten powoli przesiąka cynizmem. Poza przenika powierzchnię udawania i zmienia kształt osobowości.
Charakter człowieka można określić jako sumę jego postaw, jego stosunek do obowiązku i zabawy, miłości i walki, złodziejstwa, choroby, nałogu itp. Gdyby ktoś szukał genezy postaw, to cofając się po śladach ich ewolucji, często odkryłby „tylko” parę słów…
Pod wpływem rozmów rozwija się styl myślenia, który poprzedza styl działania. Zaciekła nietolerancja wobec cudzych poglądów zaczyna się w rozmowie, a może się skończyć w ponurych aktach gwałtu.
Innymi słowy, o charakterze człowieka stanowi m. lin. zespół motywów, tych wewnętrznych sprężyn jego działania.
A ileż razy właśnie dzięki rozmowie krzepnie decyzja podjęcia walki, kontynuowania pracy nad sobą albo urządzenia chuligańskiej wyprawy. Od siły motywacji, która tak często pochodzi z rozmów, zależy energia, z jaką dążymy do celów, a więc w dużym stopniu zależą nasze osiągnięcia. W rozmowie rodzą się i dojrzewają postanowienia, czasem dobre, czasem złe, postanowienia, które mogą przesądzić o wygranej lub przegranej całego życia.

Informacja i wiedza.

 

Gdzie pójść po zebraniu? Dokąd wyjechać na wakacje? Jak postępować z Iksińskim? Jak inni przygotowują się do egzaminu? Czy jest u was jakaś posada do objęcia? Co obiecuje ta linia postępowania?
Odpowiedź na tysiące podobnych pytań znajdujemy w rozmowie. W zależności od niej decydujemy, co zrobić z wieczorem, z wakacjami, z życiem.
Rozwój umysłu, podobnie jak i kształcenie charakteru, zależy od motywacji. Setki i tysiące godzin poświęcamy książkom między innymi po to, by dorównać innym, by ich przewyższyć erudycją. Niejeden przestałby czytać naukowe pisma i chodzić do teatru na „problemowe sztuki”, gdyby nie miał się z kim dzielić wrażeniami. Rozmowa nie tylko inspiruje twórców sztuki, ale także poważnie rozszerza krąg odbiorców kultury.
Powie ktoś, że taka kultura jest płytka i pretensjonalna? Być może. Jednym z dowodów żywotności kultury jest właśnie to, że pretendują do niej nawet ci, którzy jej nie posiadają i nie czują jej potrzeby. Udają zachwyt muzyką poważną, udają oczytanie, udają delikatność, udają zaciekawienie filozofią. I nie śmiejmy się z tego udawania, bo nieraz prowadzi ono do prawdziwego znawstwa i rozbudzenia autentycznego zainteresowania. Kogo udajesz, takim się stajesz.
Niezależnie od drogi wiodącej do kultury przez królestwo snobizmu istnieje jeszcze inna. Ani entuzjazm, ani dobry smak nie jest bezpłatnym darem niebios. Przejęcie się sztuką i zapał do wiedzy udzielają się tak samo jak zapał do pracy, a więc między innymi dzięki osobistym kontaktom, dzięki rozmowom.
Korzystania z książek, słuchania muzyki, odkrywania sensu sztuki trzeba się nauczyć. Nauczyć się trzeba patrzeć na obraz, nawet na chmury i kwiaty. Nauka ta odbywa się najłatwiej i najprzyjemniej, gdy z kimś wzajemnie dzielimy się spostrzeżeniami i wzruszeniami,
Najwartościowsze rozmowy porównałbym do dobrej literatury. „Celem moim – pisał Conrad-Korzeniowski – jest, by czytelnik widział…” Wielki pisarz odznacza się nieprzeciętnie „ostrym” wzrokiem i słuchem: nie tylko patrzy, ale dostrzega, nie tylko słucha, ale słyszy. Dostrzegając i słysząc więcej od innych, nazywa rzeczy, pokazuje świat, aż my także zaczynamy widzieć życie w ostrzejszych konturach, w silniejszym nasyceniu barw. Iluż czytelników nauczył Staff wsłuchiwać się w jesienny deszcz, Weyssenhoff – patrzeć na las, Lew Tołstoj – rozumieć ludzi.
Otóż podobnie jak książka rozmowa może zaostrzyć słuch, może „otworzyć oczy” na piękno estetyczne i moralne, dopomóc w pojmowaniu znaczenia małych i wielkich wydarzeń, sensu własnych codziennych i odświętnych poczynań.

Pamięć.

 

Co dzieje się dalej z wrażeniami i wiadomościami, które zaczerpnęliśmy z życia lub z książek i zapamiętali z łatwością lub z mozołem? Nie używane umiejętności rdzewieją jak porzucone na podwórku żelastwo, a wiadomości drzemią utajone gdzieś w splotach komórek nerwowych, by powoli, nigdy nie wyszedłszy na światło dzienne, ulec atrofii jakby z braku powietrza. Jeśli nie mają zmarnieć, musimy je czasem wyprowadzić na zewnątrz. Rozmowa jest dla naszych wiadomości właśnie tym zbawiennym spacerem.

Refleksja.

 

Są ludzie, którzy potrafią myśleć jedynie wtedy, kiedy mówią albo piszą. Tylko chętny słuchacz albo cierpliwy papier pobudzają ich do skoordynowanej refleksji. Bez tej pomocy ich myśli pozostają mgliste, niesformułowane, nierozwinięte. Jeśli praca zawodowa lub skłonność do pióra nie narzuca im pisarskiej dyscypliny, to umiejętność rozmowy urasta do problemu: żyć albo nie żyć ich inteligencji.
Ale także ci, którzy pozostawieni sami sobie potrafią nie tylko marzyć, ale i myśleć, nawet oni wiedzą, że ubogie i leniwe są ich zadumy w porównaniu z bogactwem myśli tryskających pod wpływem otarcia się umysłu o inny pokrewny intelekt. Mając dobrego partnera rozmowy z rozkoszą odkrywamy w sobie nieprzeczuwalne nawet bogactwo myśli. Refleksja podtrzymuje rozmowę, ale w jeszcze większym stopniu rozmowa pobudza do refleksji. Pogawędki i dyskusje dają początek obiecującym liniom rozumowań, zapładniają umysł, który później w samotności wydaje owoce.
Ileż siły może dać krzepiące słowo pochwycone w odpowiednim momencie, ileż następstw może mieć myśl poczęta w rozmowie! Nie darmo ludzi celujących w sztuce rozmowy nazywa Boy „roznosicielami pyłków inteligencji”, a John Stuart Mill przyznaje w Autobiografii, że napisanie wielu książek zawdzięcza rozmowom prowadzonym z kolegami systematycznie dwa razy w tygodniu.
Nie koniec na tym. W rozmowie ożywiają się wspomnienia, które przybierają postać ułatwiającą wyciągnięcie z nich esencji doświadczenia i sformułowania wskazówek na przyszłość. Jedno wspomnienie przywołuje drugie. Rozmowa o wspólnej nauce czy lekturze nasuwa myśl o wartości lub jałowości nabytej wiedzy. Obraz dawnej namiętności pozwala zamknąć ciężkie przeżycie w paru lekkich słowach, a opowiadanie o kłopotach i konfliktach w pracy – wyciągnąć wnioski o własnych i cudzych błędach, o charakterze kolegów, o perspektywie awansu itp.
Myśl jest nierozłącznie sprzęgnięta z językiem: bez słowa nie ma pojęcia, bez symbolu nie ma sylogizmu. Nauka mówienia i pisania jest zarazem nauką obserwacji i wnioskowania; ćwiczenie w wypowiadaniu się jest ćwiczeniem w rozumowaniu. Rozmowa jest więc naturalną gimnastyką myśli. Oczywiście nie wtedy, gdy polega na powtarzaniu ograniczonej ilości prawie nic nie znaczących zwrotów, ale wtedy, gdy wymaga pewnego wysiłku inteligencji.
Rozmowa, będąca szkołą spostrzegania i precyzyjnego wnioskowania, wzbogacając ramy naszych pojęć i sądów, jest bezcennym czynnikiem umysłowego rozwoju.

——————–

*  Źródło: Stefan Garczyński „Sztuka rozmowy„, Iskry, Warszawa 1962.

PS. Istnieje także druga książka S. Garczyńskiego na podobne tematy „O prowadzeniu rozmowy„, Watra, Warszawa 1977 (2. wydanie).

 

0

 

 

Uwaga techniczna

… dla tych, którzy nie wiedzą.

W obecnej konfiguracji bloga, by podzielić się danym wpisem, trzeba wejść w ten  post, tj. kliknąć najpierw w jego nazwę.
Wspomniane funkcje nie są dostępne z poziomu przeglądu wpisów w środkowej kolumnie strony.
Przypominam też, że powrót do bloga możliwy jest także przez klikniecie w nagłówek strony (Stefan Garczyński).

Jak nie dawać

W opisie książki O dawaniu przytoczyłem jej fragment.
Poniżej większy urywek z tego rozdziału – na zachętę do lektury całości…
(Opublikowane kiedyś na L-earn.net – obecnie strona w rekonstrukcji, format oryginalny.)


Nie bądź jak koza. „Porównano niezręcznych dobroczyńców do kozy, która pozwala się doić i przez roztrzepanie uderzeniem kopyta wywraca skopek, który napełniła swym mlekiem” (N. S. Chamfort). Tym uderzeniem koziego kopyta przy dawaniu jest przede wszystkim okazanie zniecierpliwienia lub irytacji stratą czasu, kłopotem lub materialnym ubytkiem. Wrażliwe ucho dosłyszy nawet nie wypowiedziane: „Masz i nie zawracaj mi głowy”, wrażliwe oko odczyta z posępnej miny: „Szkoda mi…”. Jest sporo prawdy w talmudycznym stwierdzeniu: „Mało daje ten, kto wprawdzie dużo daje, ale niechętnie, ten zaś dużo daje, kto mało, ale chętnie daje”1. I, jak zwykle, w sedno trafił Szekspir (Hamlet):

(…) Dla duszy szlachetnej dar cenny
Traci swą cenę, gdy łaską nie darzy
Ofiarodawca.

….

Innym „uderzeniem kopyta” jest wywołanie w otrzymującym wrażenia gorszości. O to nietrudno; zwłaszcza człowiek biedny, słaby i rzeczywiście zależny, a przy tym ambitny, ciężko przeżywa wszystko, co wydaje mu się — choćby niesłusznie — upokarza go. „Pańska opieka oczy wypieka” — mówi przysłowie. Bo dar płynie jakby z góry, więc otrzymujący czuje się jakby na dole, przyjęciu dobra może więc towarzyszyć przykre obniżenie samooceny. Toteż delikatność nakazuje, by dawca nie podkreślał, lecz przeciwnie ukrywał swoją pozycję „na górze”. Niewykluczone, iż dając znajduje satysfakcję w okazywaniu swoich możliwości i cnoty, nawet w manifestowaniu siły, bogactwa i przewagi. Jeśli jednak tę satysfakcję ujawni, pomniejszy wartość daru. Jeszcze gorzej, gdy pozwala sobie na pouczenia, uszczypliwości lub jakiekolwiek okazywanie lekceważenia: „Albowiem, iż to mamy z przyrodzenia, że głębiej w serce krzywda wchodzi i dłużej się pamięta niżli uczynność” (Ł. Górnicki). Niekoniecznie krzywda, ale i drobne zadraśnięcia: „Mogę ci pożyczyć, ale właściwie to ty sam powinieneś być zaradniejszy, przecież mógłbyś…” Nawet jeśli to prawda, pouczający wybrał zły moment na kazanie — wywrócił skopek.

Nader przykre bywa także uczucie uzależnienia od czyjejś łaski i uczucie zobowiązania (z którego… czy zdołamy się wywiązać?), toteż najpiękniej ten daje, kto potrafi wmówić obdarowanemu, że otrzymuje nie dar, lecz coś, co mu się słusznie należy; ten, kto daje tak, jakby otrzymujący wyświadczał mu grzeczność przyjmując; ten, kto tak pomaga, że wspomożony żywi przekonanie „sam to zrobiłem”.

Inaczej mówiąc: najszlachetniej daje ten, kto ukrywa, że daje, a w każdym razie ukrywa poniesione koszta i trudy. Paradoks: kto wartość swego daru pomniejsza, ten wartość swego daru powiększa. Porównajmy: „Skopię ci ogródek, bo sam nie dasz rady” i „Skopię ci ogródek, bo brzuch mi rośnie”.

Dzięki wspomnianemu już odgadywaniu potrzeb i pragnień otoczenia udaje się nieraz uprzedzać jego potrzeby.

… ani kozła nie stawiaj. Najgorsze to, gdy czujemy, że nas kto o co prosić ma, „czoło pomarszczyć, kozła postawić (zachmurzyć się — S. G.), brwi do kupy zegnać, twarz odwrócić, na zatrudnienie swe się skarżyć albo mowę czym innym zacząć i końca jej nie naleźć, żeby jedno onego zbyć, który potrzebuje łaski (…)”. Górnicki chciał, byśmy postępowali przeciwnie, byśmy domyślali się, „(…) co by kto od nas rad miał”, i byśmy jego prośby uprzedzali. To zalecenie uzasadnia: „Żadnej rzeczy drożej nie dostawają ludzie jako tej, którą kupują prośbami (…) bowiem, iż człowiek uczciwy, gdy ma co prosić, zapłonąć się musi (…)”.

Zacytowałem „zapłonąć się musi”, bo mi się zwrot podoba, ale nie myśl. Nie sądzę, by w samym proszeniu było coś wstydliwego — choć, oczywiście, zależy, kogo się prosi o co. Gdy jednak wiem, że ten, do kogo się zwracam, chętnie coś dla mnie zrobi, i przypuszczam, że trud, który sobie zada, lub koszt, który poniesie, nie będzie większy od tej chęci, nie czuję skrępowania. Nie czuję go zwłaszcza, gdy ktoś, kto z przyjemnością może mi coś dać lub w czymś pomóc, nie ma szansy domyślić się, czego potrzebuję. Te zastrzeżenia nie zmieniają faktu, że „Człowiek wspaniały daje nie proszony, przeciętny — gdy go poproszą, podły nie daje nigdy” (przysłowie hinduskie); przypomina mi się też, że A. Dante umieścił w swoim „Piekle” obok osobników, którzy nigdy nic nie dali, tych, którzy czekali, aż ich poproszą.

Odgadywanie pragnień i uprzedzanie próśb wymaga informacji i inteligencji, ale powstrzymywanie się przed wypominaniem wymaga tylko taktu.

Żebyśmy nie wymietali na oczy uczynności naszych. „Wymówił mi ojczym, że mnie dożywiał. Kością w gardle stanęły mi . jego obiady”… Wymawianie musi być częstą wadą, bo kilka przysłów je piętnuje:

Dać a wymawiać złe to obyczaje,

Kto tak ma dawać, lepiej niech nie daje.

Dałeś mi raz, a stokroć dar ten wymówiłeś,

Tak cnotę wymówkami daru zatłumiłeś.

— Dałem ci, babko, grosz?

— Dałeś, panie.

— Dałem ci, babko, grosz?

— A dałeś, panie.

— Dałem ci, babko, grosz?

— A weź go sobie, panie.

Górnicki opowiada, jak to „Wyprosił jeden wojewoda u króla człowieka skazanego na gardło i miał go przy sobie. A iż wojewoda przypominał często owemu wyproszonemu, że go od śmierci wybawił, nie mogąc on tej pychy cierpieć dłużej, zawołał: Prze Bóg — prawi — wróć mnie zaś do tej tur-my, z którejś mnie wyjął — wolę, że mnie jutro zetną, niż mam tak często słów tych słuchać: Jam cię wybawił od śmierci, jam ci dał żywot (…)”.

„Albowiem najgłówniejsze i najpotrzebniejsze to jest około uczynności przykazanie, żebyśmy nie tylko nie wy miotali (nie wypominali — S. G.) na oczy nikomu uczynności naszych (…), ale ani przypominali. To prawo dane jest i ma być chowane między tym, kto daje, a tym, kto bierze, żeby ten, kto daje, zaraz zapomniał, a ów, co bierze, wiecznie pamiętał”.

Wypominanie to wystawianie rachunku za dar — tym samym przestaje on być darem; jest ono, oględnie mówiąc, nietaktem, który nie tylko uraża i zraża, ale jeszcze ciężkim buciorem przydeptuje delikatną roślinę wdzięczności.

Podobnie przechwalanie się tym, co dano.

Nie trąb przed sobą. „Milczenie jest dla czynu tym, czym pochwa dla szpady — zapobiega zbrudzeniu” (chińskie przysłowie). Kto chwali się tym, co daje, kto swoją szczodrość rozgłasza, ten oczywiście zabiega o efekt. Na pytanie księdza: „Czy nie wystarczy ci, że Pan Bóg wie o tym?”, J. szczerze odpowiedział: „Nie”.

Co prawda lepiej jest ostentacyjnie dawać niż dyskretnie nie dawać i pewnie dlatego zarówno Nowy Testament, jak i Koran dość łagodnie potępiają ostentację:

„Gdy tedy czynisz jałmużnę (mowa o jałmużnie, ale sądzę, że te słowa odnoszą się do wszystkich darów — S. G.), nie trąb przed sobą, jako obłudnicy czynią, w bóżnicach i po ulicach, aby byli czczeni od ludzi, zaprawdę powiadam wam: wzięli zapłatę swoją. Ale gdy ty czynisz jałmużnę, niechaj nie wie lewica, co prawica twoja czyni”2.

„Jeżeli dajecie jałmużnę otwarcie — dobre to jest, lecz jeśli dajecie ją ubogim po kryjomu—będzie to dla was jeszcze lepiej, pokryje to bowiem grzechy wasze. Allach wie o czynach waszych” 3. Talmud jest surowszy:

„Kto tajemną jałmużnę daje, ten jest wyższym od prawodawcy Mojżesza, dający zaś jałmużnę dla chełpienia się, grzech popełnia”4.

„Mężczyźnie powinno się dawać jałmużnę potajemnie, aby go nie zawstydzić, kobiecie zaś otwarcie, aby nie rzucać na nią podejrzenia” 5.

Godna uwagi jest ta przestroga przed zawstydzaniem otrzymującego, przed unikaniem skaleczenia jego ambicji i dumy.

Pouczenia religijne odbiły się echem w niemieckim przysłowiu:

„Niechaj głosi ten, kto otrzymał, niech milczy ten, kto dał”.

F. W. Faber 6 tłumaczy mistycznie:

„Z chwilą gdy o uczynkach swoich zaczniesz rozpowiadać, tracą one swoją moc nadprzyrodzoną”.

Lepiej też, żebyś nie trąbiły że dasz.

Dżentelmen wstydzi się. Uniesieni serdecznością albo tylko próżnością szafujemy obietnicami. Mówi się, że nic one nie kosztują. Czy rzeczywiście?

Nic w chwili obiecywania, ale po zaciągnięciu wielu zobowiązań następuje kryzys. Kto łatwo i hojnie obiecuje, ten z trudem i skąpo dotrzymuje, sprawia zawód, traci szacunek i sympatię. Więc jednak kosztują.

„Dżentelmen wstydzi się, gdy jego słowa są piękniejsze niż postępowanie” (Konfucjusz) i gdy czyny nie mogą sprostać obietnicom…

Lubię powtarzać, że odpowiedzialność za rozczarowania ponosi przede wszystkim fantazja rozczarowanego, ale częścią winy można obciążyć tego, kto fantazję pobudził. Sytuacja ta powstaje na ogół w męsko-damskich stosunkach, ale nie tylko. Oto przykład: K. wspomina, że kiedyś za dobrą odpowiedź nauczycielka obiecała dać jej piękny prezent.. K. marzyła o prawdziwej lalce, nie o takiej, którą sama mogła sobie uszyć ze szmat. Piękny prezent mógł być dla niej tylko lalką. Więc czekała na nią. Przychodziła do szkoły trochę wcześniej, by przed drzwiami czekać na panią. Kilka razy pani przeprosiła ją, bo zapomniała. Wreszcie przyniosła. Rzeczywiście piękne… jabłko. „Gdybym to jabłko otrzymała od razu — mówi K. — skakałabym z radości, gdyż rzadko jadłam takie smakołyki, ale po tym oczekiwaniu…!”

Inna sprawa, że czasami trudno jest uniknąć wzbudzenia nieuzasadnionych oczekiwań. Gorzkim półżartem: gdy dajesz po raz pierwszy, nazywają cię dobroczyńcą; gdy dajesz po raz drugi, sądzą, że spełniasz swój obowiązek; gdy dajesz po raz trzeci, zastanawiają się, czy nie ma w tym wyrachowania; a gdy nie dasz za czwartym razem, spojrzą na ciebie jak na kogoś, kto zawiódł zaufanie.

 

Opr. L.K.

 

Przypisy

1 Talmud, Traktat Basra według D. Rundo.

2 Nowy Testament, Ewangelia według Św. Mateusza VI/2–4.

3 Koran, rozdz. 2, 223 (w) Wersety z Koranu, nakładem Muftiatu. Sarajewo 1935.

4 Talmud, Traktat Teanith 21 według D. Rundo.

5 Tamże, Chagiga 5.

6 F. W. Faber Dobroć. Poznań 1948, s. 77.