O pożytkach popularyzacji

(Rozmowa ze Stefanem Garczyńskim)

„Trybuna Opolska” nr 267, 1986

– Z wykształcenia jest pan ekonomistą, a zajmuje się problematyką filozoficzną i psychologiczną. Czy te zagadnienia były Pana pasją osobistą?

– To, co pani nazywa pasją, jest przeważnie reakcją wtórną. Nie tyle pasja prowadzi do zajęcia się jakimś przedmiotem, ile zajęcie się nim budzi – czasami – pasję. W szkole i na studiach zagadnienia filozoficzne, psychologiczne i gospodarcze na równi mnie interesowały, choć niezbyt intensywnie. Po studiach pracowałem jako ekonomista, to znaczy jako urzędnik. Zamarzyła mi się niezależność. Podpierając się finansowo dawaniem prywatnych i nieprywatnych lekcji zacząłem pisać…

– Pana książki „Sztuka pamiętania” i „Jak zapamiętać” były najpoczytniejszymi książkami w latach 1960 – 1970 i wiele osób, które wyobrażały sobie, że mają wrodzoną złą pamięć – pozbyło się dzięki nim kompleksu. Co pana skłoniło do podjęcia tego tematu?

– Zainteresowanie funkcjonowaniem pamięci pochodzi u mnie stąd, że sam na moją narzekam, więc coś niecoś na ten temat czytałem. Psychologia dokonała w tej dziedzinie sporo odkryć, może być pomocną, ale pod warunkiem upowszechnienia wiedzy o jej osiągnięciach. Byłem i jestem przekonany o społecznym pożytku tego typu lektur… Powiada pani, że to były najpoczytniejsze książki tamtych lat. Nie zgadzam się. Nie mogły być najpoczytniejszymi, bo ich nakłady były dużo, bardzo dużo poniżej zapotrzebowania. Niejeden „kryminał” wyszedł w kilkakrotnie większym nakładzie. I tego nie rozumiem. Zdawałoby się, że książki o technice uczenia się – nie tylko moje, ale przede wszystkim Jarosława Rudniańskiego – powinny być obowiązkową lekturą we wszystkich szkołach.

– Jest pan pierwszy raz w Opolu. Jak pan widzi nasze miasto? Jak wypadła konfrontacja z przewodnikami, gdyż wiem, że pan je przejrzał?

– Zaskoczą panią moje refleksie. Myślałem sobie chodząc po tym mieście, że
macie tu lepiej niż my w Warszawie. Nie ma tego dzikiego tłumu. Ogonki są dużo mniejsze i może nawet – to żona mi zwykle powtarza, gdy wyjeżdżam z Warszawy – sklepy są lepiej zaopatrzone. Natomiast przeżyć „historycznych”, tych, które powinienem był mieć sądząc po czcigodnym wieku Opola, nie miałem. Zabrakło czasu i pogody.

– Popularyzowanie tematów trudnych i zawiłych w sposób lekki, przystępny, a czasem nawet żartobliwy, nie ma u nas wzięcia. Może pisarz uważa, że jest to „obniżanie lotu”. Pana książki mają doskonałe recenzje. Dlaczego pan podjął trud popularyzacji?

– Z kilku względów. Po pierwsze – jestem przekonany o jej pożytku. Po drugie – jest na nią popyt czytelników, a także, choć dużo mniejszy, wydawnictw. Po trzecie – nie zabiegam o tytuły naukowe, nie jestem związany z żadną uczelnią i żadnym instytutem. A że naukowców parających się popularyzacją jest mało – to zrozumiałe. Popularyzacja wymaga obok dobrej znajomości przedmiotu, jeszcze choćby maleńkiego pisarskiego talentu, a przede wszystkim ogromnej pracy. Zebranie i wynotowanie tego, co chcę napisać, zajmuje mi zwykle dużo mniej czasu niż szlifowanie formy. Poza wielkimi popularyzatorskimi talentami, to co ma się lekko czytać – ciężko się pisze.

– Do której ze swoich książek jest pan najbardziej przywiązany, którą uważa pan za najbardziej w tej chwili potrzebną?

– Najbardziej przywiązany jestem do tych najbardziej gorących, niedawno ukończonych, a jednocześnie tych, dla których jeszcze nie znajduję wydawcy. Taką książką jest naśladująca dzieło Erazma z Rotterdamu „Pochwała głupoty”.
A jaka jest najbardziej w tej chwili potrzebna? Chyba wydana przed dziesięciu laty „Błąd – źródła i zapobieganie” i będąca w pewnej mierze jej ilustracją właśnie „Pochwała głupoty”.

– Prof. Kazimierz Dąbrowski mocno podkreślał w swoich książkach, że radość dawania jest większa niż radość brania. Dlaczego postawa „mieć” jest u nas tak powszechna? Dlaczego tak mało jest teraz postaw altruistycznych?

– Przepraszam, że panią za to pytanie zaatakuję. Dlaczego „u nas”? Dlaczego „teraz”? Jestem przekonany, że postawa „mieć” nie jest u nas bardziej powszechna niż w innych krajach. I jestem przekonany, że postaw altruistycznych zawsze było mało. Mamy rzeczywiste powody do niezadowolenia z siebie, nie wymyślajmy sobie dodatkowych. nierzeczywistych.

– „Z informacją na bakier” to ostatnia wydana pana książka. Czy zalew informacji bombardujący dzisiejszego człowieka grozi jego zdrowiu psychicznemu?

– Nie, jeśli bądź zamyka oczy i zatyka uszy, bądź jeśli umie sobie z tym „zalewem” radzić. Pani pytanie nasuwa myśl, że należałoby uczyć ludzi radzenia sobie z trwałą i wciąż się potęgująca eksplozja informacji. Jeszcze jedno ,,należałoby”. Nie warto jednak o tym mówić, skoro nawet nie uczy się młodych ludzi, tak się mają uczyć.

– Odsyłam zatem do pana książek, a licznie zgromadzona młodzież na pana odczytach, licealna i akademicka, świadczy o tym, że ich ta problematyka interesuje. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała:
JANINA KOŚCIÓW

0
Podziel się / Share Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedintumblrmail
Zobacz jeszcze / See also Facebookpinterest