Kto się śmieje?

(wywiad ze Stefanem Garczyńskim).

Śmiechu naszego powszedniego” – pod takim tytułem ukazała się kolejna książka Stefana Garczyńskiego.
Już na wstępie autor zacytował słowa Witolda Gombrowicza, jakże aktualne:
Nigdy żaden naród nie potrzebował bardziej śmiechu niż my dzisiaj. l nigdy żaden naród mniej nie rozumiał śmiechu – jego roli wyzwalającej„.

– Mimo tego cytatu Gombrowicza, chciałabym zapytać – co skłoniło Pana do napisania tej książki?
– Odpowiem kolejnym cytatem, tym razem własnym, umieszczonym na następnej stronie książki. Wyjaśnia on nie tylko, dlaczego napisałem o śmiechu, ale przy okazji pochwalę się co do tej pory wydrukowałem i co mnie doprowadziło do śmiechu. Otóż: w książce o rozmowie chwaliłem sztukę żartu, w książce o współżyciu dowodziłem, że poczucie humoru jest istotnym elementem kultury życia codziennego, ułatwia i umila stosunki międzyludzkie, w książce o potrzebach psychicznych, wspomniałem o potrzebie ożywiania się wesołością, w książce o błędach pisałem, ze świetnym sposobem zapobiegania im jest dostrzeganie śmieszności głupstwa. W książce o pamięci, że lepiej zapamiętujemy rzeczy barwne i wesołe niż szare i smutne. Wreszcie w książce o sztuce myśli i słowa – że wesołość często pobudza wydajność, że podnosi jakość, zjednuje słuchaczy i czytelników. Jak z tego widać wszystkie drogi prowadziły mnie do śmiechu. Ponadto zawsze chyba istnieje popyt na śmiech i na teorię śmiechu.

– Dodatkowo sprzyjało chyba Panu pogodne usposobienie?
– Nie jestem wesołkiem. Często bywałem smutny. To tak samo jak z moją książką o rozmowie. Napisałem ją, bo miałem kiedyś kłopoty z nawiązywaniem interesującej rozmowy z drugim człowiekiem czy z obcymi mi ludźmi. A ponieważ zawsze miałem słabą pamięć, więc napisałem książkę o pamięci, aby ją sobie poprawić. Najłatwiej się zatem pisze na tematy, których człowiek czuje niedosyt.

– Czy to znaczy, ze po ukazaniu się książki „Śmiechu naszego powszedniego” stał się Pan weselszy?
– Weselszy to chyba nie, bo według niektórych moich znajomych miewam nadmierną skłonność do żartów i obawiam się, że teraz się ona jeszcze powiększyła.

– Niewiele napisał Pan w swojej książce na temat czarnego humoru. Mam wrażenie, że nie przepada Pan za tym rodzajem dowcipu.
– Sądzę, że się odrobinę przeżył. Humor czarny posuwa makabrę tak daleko, że staje się absurdalna i przez to komiczna. Nie jest wykluczone, że okrucieństwo tego humoru targa sadystyczno-masochistycznymi strunami naszego charakteru. Mnie nie śmieszy następujący fragment: „Sprzedawca samochodów mówi, że ten sportowy wóz ma fenomenalne hamulce, bo pędząc z szybkością 300 kilometrów na godzinę, zatrzymuje się w miejscu. l co dalej wtedy? – pytają kupujący. Wtedy, wewnątrz wozu wysuwa się specjalna wycieraczka i ściera z szyby mózg kierowcy”. Stanowczo wolę inny typ humoru.

– Może liryczny, komediowy, pogodny?
– Liryczne dowcipy są zwykle naiwne, a naiwność jest, jeśli nie irytująca, to zbyt sentymentalna, czułostkowa.

– Czy pisząc tę książkę starał się Pan uwzględnić ten rodzaj humoru, który jest najbardziej popularny w Polsce?
– Nie. Raczej preferowałem to, co mi się podoba. Zresztą mam pewne wątpliwości, czy to rozróżnianie na humor francuski, angielski, polski jest jeszcze dzisiaj ważne, czy jeszcze funkcjonuje. Kiedyś, dawno temu, gdy powstało przekonanie o specyficznych cechach charakteru, umysłowości jakiegoś narodu, gdy były one od siebie odgrodzone, ludzie rzadziej się ze sobą kontaktowali, to rzeczywiście bardzo się od siebie różnili. Dzisiaj coraz trudniej o te odrębności. Nawet systemy wychowania są podobne.

– Niemniej uważam, że np. Francuz może nie zrozumieć polskiego dowcipu osadzonego w naszych realiach? Ponadto nadal żywe są kawały o mniejszościach narodowych.
– Zawsze tak było, że mniejszości narodowe irytowały, wzbudzały podejrzenie, śmieszyły większość. Śmiech z tej inności bywa często agresywny, gdy np. mniejszości zagrażają nam gospodarczo lub wyobrażamy sobie, że jesteśmy w niebezpieczeństwie. Najwięcej tego humoru z mniejszości funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych. Każda fala emigrantów jest obśmiana w sposób dosyć brutalny przez zasiedziałą ludność. Ale i owe mniejszości potrafią się bronić i śmiać się z innych. Jest to humor, który rozładowuje ich kompleksy. Uważam, że humor jest międzynarodowy. Nawet Francuz, jeśli trochę pożyje w naszym kraju, zrozumie każdy polski dowcip.

– W swojej książce pisze Pan o blaskach i nędzach humoru. Tego raniącego, chamskiego chyba jest więcej?
– To zależy od środowiska. Wahałem się trochę pisząc o nędzach humoru. Jeśli dowcipy, które ja uważam za nędzne, mnie nie śmieszą, ale funkcjonują w jakichś grupach i nikogo nie krzywdzą – to może ja niepotrzebnie się wywyższam i nazywam je w ten sposób? Niestety, tego chamskiego jest bardzo dużo, bo nie wszyscy rozumieją humor subtelniejszy. Jest to kwestia realiów, języka, osobistej kultury. Jest to tak samo, jak humor profesjonalny, lekarski czy robotniczy, których nie zrozumie na przykład urzędnik. O wulgarności w anegdotach Boy kiedyś powiedział, że nic nie wzbudza tak ogromnego huraganu śmiechu jak we właściwym momencie rzucone słowo: „dupa”, l to wśród ludzi wykształconych jak i niewykształconych. Smutne ale prawdziwe.

– Dzisiaj większość ludzi nie rozumie ironii. Żalą się na to niektórzy felietoniści. Czytelnicy wymagają dosłowności.
– Nie jestem tego pewny. Nie mamy badań socjologicznych na ten temat. Mówi się, że nie ma kultury salonowej, a więc rozmów salonowych, subtelnych żartów, błyskotliwych ripost. Być może, że rzeczywiście to zanika. A jaka jest przyczyna? Chyba ta sama dzięki której zniknęły salony czysto towarzyskie. Kiedyś, jeszcze za czasów moich dziadków, ludzie spotykali się ze sobą, żeby rozmawiać np. o literaturze, teatrze, a nie dla interesów, brydża czy obżarstwa.

– A może ludzie coraz mniej czytają i w związku z tym mają sobie coraz mniej do powiedzenia na temat literatury.
– Możliwe. Za to istnieje w tej chwili mnóstwo kawałów ogonkowych. Jest to humor sytuacyjny Gdyby Wiech żył, to chodziłby od kolejki do kolejki i spisywał przykłady jędrności języka. Ale humor subtelniejszy, ironie, dwuznaczniki pochodzą bardziej z literatury, od umysłów wykształconych, natomiast ten ogonkowy – z ulicy, warsztatu, z pracy codziennej. Znacznie bardziej niż kiedyś jesteśmy zaangażowani w swoje zajęcia zawodowe czy rodzinne niż w życie towarzyskie.

– Czy nie sądzi Pan, że poczucie humoru może przygasnąć na skutek problemów jakie niesie codzienność?
– O nie! Niezadowolenie, gniew bardzo często i łatwo rozładowują się w humorze. A wreszcie idealnym sposobem na przeżywanie rezygnacji jest śmianie się. Być może, krąży dzisiaj po ulicy mniej dowcipów, ale to nie znaczy, ze poczucie humoru zanika. Po prostu dzisiaj wiele kawałów można mówić publicznie, podczas gdy dawniej podawano je z ucha do ucha. Są w telewizji i w radio. Z tego powodu spowszedniały niektóre anegdoty, zwłaszcza polityczne.

– Czy Pana zdaniem Polacy mają poczucie humoru?
– Myślę, że tak. Lubimy się śmiać, zwłaszcza szydzić. Mamy dużo kompleksów a humor jest ich wyrazem. Dominuje chyba kompleks niższości, jakiejś gorszości wobec innych narodów. Nie potrafimy śmiać się z siebie. Podobno Anglicy dopóki byli potężnym imperium kolonialnym nie mieli tak dużo dowcipów jak dzisiaj kiedy podupadli. Gdy czują, że dużo stracili, zaczynają żartować.

Rozmawiała: Iwona Rajewska
Wywiad ukazał się w Panoramie Północy 17.05.1981 r.

0
Podziel się / Share Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedintumblrmail
Zobacz jeszcze / See also Facebookpinterest