Domowa nauka myślenia

Ryzykuję twierdzenie, że rodzice niesłusznie całą odpowiedzialność za kształcenie myślenia dzieci składają na szkołę. Psycholodzy przypisują najwcześniejszemu dzieciństwu coraz większe znaczenie, nie tylko dla przyszłego życia uczuciowego, lecz i umysłowego. A najwcześniejsze dzieciństwo jest przeważnie – domowe.
Drugie twierdzenie, które ryzykuję, tyczy się roli… rąk. Sądzę, że tak jak ongi w ewolucji ludzkiego mózgu pierwszorzędną, pewnie decydującą rolę odegrało posługiwanie się dłonią, tak i umysłowe zdolności dziecka zaczynają się od kierowania czynnościami rąk (oczywiście nie neguję znaczenia języka, ale rola kontaktu słownego jest często omawiana, natomiast rola zadań manualnych – lekceważona).

Wiąże się to z zagadnieniem wczesnego rozwijania samodzielności, pomysłowości i precyzji. Te trzy cechy dają się kształcić już przy zabawie klockami z trzy-sześcioletnim dzieckiem. Wystarczy, by rodzice cieszyli się z jego konstrukcji, by wołali: „a jeszcze inaczej!”, by nie akceptowali krzywych ścian i nieprostokątnych kątów, by wymagali sprzątnięcia klocków po zabawie, bo „wszystko ma swoje miejsce”. Takie zabawy i wymagania kładą podwaliny pod nawyk staranności i porządku, a ponadto wyrabiają cenne skojarzenie umysłowego i manualnego wysiłku z autentyczną przyjemnością.

Mojemu dzieciństwu brakło ojca, który by twórczo bawił się ze mną, uczył posługiwania się narzędziami, wtajemniczał w zasady działania prostych mechanizmów. A chyba byłbym otwarty na takie oddziaływanie sądząc choćby po tym, że wytrwale wkładałem ostrza nożyczek w dziurki kontaktu, cieszyłem się pstryknięciem spięcia i tym, że tylko ja umiałbym odpowiedzieć na pytanie domowników, „dlaczego ciągle przepalają się korki?”.
Nawet obcążki i śrubokręt były kiedyś wspaniałymi wynalazkami, a i dzisiaj są świadectwami ludzkiej pomysłowości. Niech dziecko pojmie, jakie to są mądre i pożyteczne narzędzia, a posługując się nimi, niech ćwiczy zarazem rękę i myśl, zdolność do koncentracji i do odkrywania powiązań przyczynowo-skutkowych. Niech małe dziecko podaje ojcu narzędzia, gdy ten reperuje rozchybotany stół, wyjmuje z drzwi zacinający się zamek, sprawdza dlaczego lampa mruga. Podając narzędzia, widząc ojca przy tych zajęciach, samo będzie się do nich garnąć i oby jak najwcześniej było do nich dopuszczane. Tym bardziej niech pod okiem ojca próbuje reperować swoje zabawki…
Tu dygresja o kształceniu humanistycznym i o tzw. ręcznych robotach. Zbyt często przyjmuje się, że zdolność myślenia kształci się przede wszystkim na materiale słowno-abstrakcyjnym. Sądzę, że w takim samym stopniu kształci się ona na rzeczowym materiale drobnych konkretów. Tylko, a jest to ważne zastrzeżenie, kształcenie to nie może polegać na rozkazie wielogodzinnego heblowania desek (a podobne zadania nie są wyjątkiem na lekcjach robót ręcznych). Polegać ono musi na własnoręcznym tworzeniu, na własnych próbach znalezienia sposobu, „jak to zrobić?”. Własnoręcznych i oby „własnopomysłowych”.
Własne „pomyślenie” rozwija się dzięki temu, że nieco starsze dziecko nie otrzymuje gotowych odpowiedzi na pytanie „jak?” i „dlaczego?”. Raczej wyzwanie: „Czy potrafisz przymocować łańcuszek, który się oderwał od korka w wannie?”. Albo: „Co się stało z wodą, którą zostawiliśmy na gazie w imbryku?”. Rodzicom, którzy mają choć trochę czasu i cierpliwości, radziłbym nie odpowiadać od razu na wszystkie pytania dziecka, ale bawić się z nim w domysły: „Dlaczego – pyta dziecko – pan sypie piasek na chodnik?”  „A jak myślisz, dlaczego?” – odpowiada matka i, jeśli dziecko nie potrafi znaleźć odpowiedzi, proponuje by się postarało ślizgać na posypanym i nieposypanym kawałku chodnika.

Rozbudzenie zainteresowania prawami natury i zasadami działania tak maszyn, jak organizmów żywych powstaje wtedy, gdy samoistnie – choć dzięki pobudzeniu okolicznościami – powstałe pytania nie od razu znajdują odpowiedź, gdy między potrzebą wiedzy a jej zaspokojeniem powstaje przynajmniej drobne napięcie. Samodzielne znalezienie odpowiedzi jest wielokroć więcej warte od jej „bezpłatnego” otrzymania. Więcej warte nie tylko dlatego, że w ten sposób nabyta wiadomość doskonale się upamiętnia, ale i dlatego, ze upamiętnia się sposób postępowania – proces myślowy.
Tu dygresja – przyczynek do źle, moim zdaniem, stawianego pytania, czy większy nacisk kłaść na kształcenie myślenia ucząc literatury, historii, języków, czy też kształcić umiejętności praktyczne (na przykład reperowania samochodów). Pytanie to jest stawiane źle, bo sugeruje odpowiedź: oczywiście kształcić myślenie. Lecz kształcenie myślenia zależy nie od „co”, a od „jak”. Nie kształci go szkolne kucie literatury, historii i języków, i nie kształci go heblowanie deski, ale pobudza i kształci rozmowa o przedmiotach humanistycznych, a także rozwiązywanie praktycznych zadań mechanicznych.

Dużą wadą dzisiejszej dydaktyki jest to, że – po pierwsze – daje dzieciom odpowiedź na pytania, których nie zadają, a po drugie – wyposaża je w koncentrat wiedzy, głównie abstrakcyjnej. Ta wada jest tak ściśle związana z wymaganiami naszej cywilizacji i ze schematami masowego kształcenia, że ze szkół nie da się jej usunąć, natomiast w domu, zanim dziecko pójdzie do szkoły, i później, też w domu, gdy już jest uczniem, można i trzeba pobudzać w nim ciekawość świata oraz umiejętność samodzielnego znajdowania odpowiedzi na pytania, będące wyrazem tej ciekawości.

Stefan Garczyński

Artykuł ukazał się w „Twoje dziecko”, nr 5 (365) – maj 1981 r.

 

0

 

Podziel się / Share Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedintumblrmail
Zobacz jeszcze / See also Facebookpinterest